Poszłam wczoraj dopasować sobie okulary. Prosta rzecz - pogapisz się na literki, pozakładają ci ustrojstwa na oczki i luzik. Tak mi się przynajmniej wydawało.
Wlazłam do gabinetu, gdzie naprawdę miła Pani Doktor [PD] pooglądała moje oczęta. Okularki dobrane, super, hiper, dziękujemy, całuję rączki, do widzenia. A gdzie tam.
PD z zupełnego nienacka nagle pyta, czy przybyłam oto pojazdem własnoręcznie prowadzonym. Nieświadoma zagrożenia zaprzeczyłam. No to zbadamy dno oka (no i odnalazłam w sobie drugie dno - bo oka dwa, więc jest pierwsze i drugie). No to badamy. Zakroplowała mnie, usadziła przed wehikułem badającym i bada. Oko prawe - rach, ciach dno jest, oko jest, luzik. Oko lewe - patrzy, patrzy, patrzy i już czuję - oj będzie CÓŚ. Miałam rację - CÓŚ jest. CÓŚ jest spory, brązowy i plamowaty. Nie przejęła bym się zbytnio, ale PD mi tłumaczy, że to albo CÓŚ totalnie nieszkodliwy, albo ... No tak, padło piękne słowo NOWOTWÓR. Łoj, adrenalina mi się podniosła. PD stawić się kazała na drugi dzień (znaczy dzisiaj) rano w przychodni, gdzie takie CÓŚie badają.
Cóż było robić - rano grzecznie w przybytku owym się melduję. Muszę przyznać, że szacun dla PD pełny. Zajęła się mną od momentu rejestracji (oczywiscie dowód ubezpieczenia w domu został) aż do konsultacji z Człowiekiem Który Zna się na Ćósiach. W ekspresowym tempie przeciągnęła przez proces diagnostyczny. Cóś został zUSGewany (ni cholery nie potrafiłam go na tym USG rozpoznać), strzelono mu śliczne zdjątka, na których moje oko wyglądało jak słońce w fazie wielceaktywnej, zakropiono oczywiście, obejrzano jak modelkę na wybiegu i zaprowadzono do CKZSNC. W godzinę, w państwowej przychodni. Szczęka mi opadła, bo spodziewałam się drogi przez mękę, dlatego też jawnym tekstem tu podaję, że to tylko dzięki personalnemu zaangażowaniu doktor Moniki Jędrzejczyk-Strużniak.
No i wylądowaliśmy z Cósiem na stołeczku przed następnym ustrojstwem, CKZSNC w oczka spogląda, spogląda, spogląda....
CÓŚ okazał się zbliznowaceniem po zapaleniu z elementami kolorystycznymi (nawet odcienie ma). Będziemy zatem z Cósiem chodzić sobie na kontrolę, trzymając go za twarz (tylko gdzie CÓŚ ma twarz?) coby mu się nie zachciało zezłośliwieć.
I tak sobie z Cósiem pożyjemy, zobaczymy...
Wlazłam do gabinetu, gdzie naprawdę miła Pani Doktor [PD] pooglądała moje oczęta. Okularki dobrane, super, hiper, dziękujemy, całuję rączki, do widzenia. A gdzie tam.
PD z zupełnego nienacka nagle pyta, czy przybyłam oto pojazdem własnoręcznie prowadzonym. Nieświadoma zagrożenia zaprzeczyłam. No to zbadamy dno oka (no i odnalazłam w sobie drugie dno - bo oka dwa, więc jest pierwsze i drugie). No to badamy. Zakroplowała mnie, usadziła przed wehikułem badającym i bada. Oko prawe - rach, ciach dno jest, oko jest, luzik. Oko lewe - patrzy, patrzy, patrzy i już czuję - oj będzie CÓŚ. Miałam rację - CÓŚ jest. CÓŚ jest spory, brązowy i plamowaty. Nie przejęła bym się zbytnio, ale PD mi tłumaczy, że to albo CÓŚ totalnie nieszkodliwy, albo ... No tak, padło piękne słowo NOWOTWÓR. Łoj, adrenalina mi się podniosła. PD stawić się kazała na drugi dzień (znaczy dzisiaj) rano w przychodni, gdzie takie CÓŚie badają.
Cóż było robić - rano grzecznie w przybytku owym się melduję. Muszę przyznać, że szacun dla PD pełny. Zajęła się mną od momentu rejestracji (oczywiscie dowód ubezpieczenia w domu został) aż do konsultacji z Człowiekiem Który Zna się na Ćósiach. W ekspresowym tempie przeciągnęła przez proces diagnostyczny. Cóś został zUSGewany (ni cholery nie potrafiłam go na tym USG rozpoznać), strzelono mu śliczne zdjątka, na których moje oko wyglądało jak słońce w fazie wielceaktywnej, zakropiono oczywiście, obejrzano jak modelkę na wybiegu i zaprowadzono do CKZSNC. W godzinę, w państwowej przychodni. Szczęka mi opadła, bo spodziewałam się drogi przez mękę, dlatego też jawnym tekstem tu podaję, że to tylko dzięki personalnemu zaangażowaniu doktor Moniki Jędrzejczyk-Strużniak.
No i wylądowaliśmy z Cósiem na stołeczku przed następnym ustrojstwem, CKZSNC w oczka spogląda, spogląda, spogląda....
CÓŚ okazał się zbliznowaceniem po zapaleniu z elementami kolorystycznymi (nawet odcienie ma). Będziemy zatem z Cósiem chodzić sobie na kontrolę, trzymając go za twarz (tylko gdzie CÓŚ ma twarz?) coby mu się nie zachciało zezłośliwieć.
I tak sobie z Cósiem pożyjemy, zobaczymy...
Instruktorzy na siłkach jacy są każdy wie, to i mam przy okazji nudnych ćwiczeń oko na kim zawiesić. Dla mnie bomba – gorzej dla instruktora, bo w marudzeniu mało kto mnie przebije w miejscu kultu ciała owym (ha, założycie się?).
Trzeba coś bardziej damskiego wymyślić.




-
Mirko:
-
Sierściuchowo:
-
ikselka:
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›